Nasz przewodnik przywitał nas stwierdzeniem: „…bo wiecie, Azja to stan umysłu”. Na pewno jakieś źdźbło prawdy w tym stwierdzeniu jest. 

Podróż do Kambodży to wycieczka do innego świata, pod każdym względem: ludzi (i ich życzliwości), klimatu, smaków (w tym niepowtarzalnych potraw), historii (również tych zatrważających fragmentów) i oczywiści widoków. Na początek powitanie w stolicy: wieczorny spacer w Phnom Penh.

Świątynia świątyń: ANGKOR WAT

Angor Wat, czyli miasto świątyń w języku Khmerów. Pochodzący z XIIIw, uznawany za największy na świecie zabytek religijny. To jest to miejsce, które w Kambodży trzeba zobaczyć (co potwierdzają tłumy turystów).  Bilet na zwiedzanie tego obszaru jest ważny przez trzy dni, co obrazuje skalę wyzwania, tj.zwiedzania. My spędzamy tu prawie jeden dzień.

Widoku świątyni oczekujemy o wschodzie słońca, aby ujrzeć ją w odbijających się od fosy okalającej mury budowli, porannych promieniach.

 

...i OKOLICE: SIEM REAP

W kolejnym miejscu wita nas ciepłe spojrzenie Pani Krawcowej szyjącej od godzin bardzo wczesnych, do wieczornych.

Na koniec dnia mkniemy tuk tukami przez ulice sąsiadującego miasteczka: Siem Reap, na pokaz tradycyjnych tańców, czyli zespół „Mazowsze” w wydaniu lokalnym.

 

Czas poznać Siem Reap również z innej strony. Pub Street, nazwa nie wymagająca tłumaczenia i objaśnienia przeznaczenia tego miejsca. Stworzone głównie z powodu istnienia turystów. Godnie wypełnia swoją misję.

 

Na Angkor Wat, wraz z otaczającymi je świątyniami, mieliśmy okazje jeszcze raz spojrzeć, tym razem przy zachodzącym słońcu, z jednego ze wzgórz w najbliższej okolicy.  Wracamy do hotelu, zakład krawiecki już zamknięty.  Czas spać..

treking przez łąki i wioski

Przed nami kolejny etap: treking przez łąki i wioski. Zejście z utartych turystycznych szlaków pozwala nam zerknąć na małych buddystów, czy też spojrzeć na  mnicha puszczającego dymek z papierosa (a mnich jak z okładki). 

Na trasie spotykamy również dużo dzieci towarzyszącym dorosłym w ich codzienności. Wydaje się, że w tych okolicach RODO nie obowiązuje i śmiało można uwieczniać dziecięce buźki.

Ruszamy dalej…

PŁYWAJĄCE WIOSKI

 Z lekkim niepokojem, ale i nadzieją na kolejne wrażenia, wsiadamy na „statek”, aby z poziomu wody zobaczyć, jak żyją mieszkańcy pływających wiosek: handel, transport, połów ryb, czyli tutejsza codzienność.

Opuszczamy naszą łódź. Tuż po zetknięciu z lądem spotykamy grupę dzieciaków (może to klasa szkolna?). Wyglądają na wiecznie uśmiechniętych i zadowolonych z życia. Pozazdrościć. 

BATTAMBANG

Po kilku przygodach docieramy do następnego miasta na trasie: Battambang. Tu możemy zobaczyć jak wygląda tutejsza szkoła (niestety nieobowiązkowa).

Kolejny punkt programu to przegląd manufaktur. Może czipsy z bananów? Może płatek papieru ryżowego? A może szklaneczka lokalnego bimbru z okiem węża? Brać! Próbować!

Na naszym szlaku, ponownie docieramy na krótką chwilę do Phnom Penh, jeszcze jedno spojrzenia na stolicę

PIPERZNY PRZYSTANEK: KAMPOT

Następny przystanek na trasie to Kampot. Miejscowość z zachowanymi fragmentami postkolonialnych budynków. Tu odwiedzamy lokalne targowisko. Przedostanie się przez metalową halę w temperaturze 30oC+, wśród aromatów wiszącego mięsiwa, niewątpliwie wymaga odrobiny samozaparcia. Zdjęcia na szczęście oddają tylko obraz.

Kampot to również „tam, gdzie pieprz rośnie”, jest to bowiem miasto otoczone przez plantacje pieprzu. Inna ciekawostka to widoczne na zdjęciu solanki. W okolicznych świątyniach można też spotkać mnicha, w mniej typowej pozycji medytacyjnej.

Przed nami wrota raju (no może prawie)…

WROTA RAJU: KOH RONG

I tak oto dopłynęliśmy do rajskiej wyspy Koh Rong (dla przypomnienia, jesteśmy w Kambodży). Raj, jak to raj, dostępny dla wybrańców. Tym razem to nasza grupa. Dostęp do raju: niestety tymczasowy. 

 

Zdjęcia właściwie nie wymagają jakiegoś specjalnego komentarza. Rys historyczny lub opis sytuacyjny wydają się być zbędne. Tym bardziej, że tu już końcowy przystanek na naszej trasie….

 

Bramy raju powoli się zamykają. Kierunek: powrót. lotniska… przesiadki… samoloty… 

Na koniec uroczy akcent, już na pokładzie samolotu, w najbliższej okolicy, czyli w sąsiednim rzędzie siedzeń. Mnich (mniszka?) zgłębiający tajniki jakiejś księgi, albo może, książeczki.

 

Jeszcze tylko 28h lotu i jesteśmy z powrotem. Warszawa wita. Jest luty, więc będzie to raczej chłodne powitanie…

GALERIA: KAMBODŻA

Podobne...